Świat jest wielką poczekalnią dusz, przystankiem na drodze do nieba. To tak, jakbyśmy stali w kolejce po życie wieczne. Jeśli stoimy wystarczająco długo, wydaje się nam, że ta kolejka to wszystko, co mamy.
Zawieramy przyjaźnie, pojawiają się konflikty, utożsamiamy się z wieloma postaciami z naszej kolejkowej wspólnoty. Ale kiedyś w końcu wszystko się kończy i trzeba się pożegnać.
Zazwyczaj przypominamy sobie o tym wtedy, gdy śmierć zabiera kogoś bliskiego. Są jednak dwa takie okresy w roku, które przypominają nam, że jesteśmy nie z tego świata, że czekamy. Jeden to uroczystość wszystkich świętych, drugi to okres adwentu.
Kto tu na kogo czeka?
Można zapytać, co wspólnego ma śmierć i listopadowa zaduma z radosnym adwentowym przygotowaniem do Bożego Narodzenia? Właśnie to, że obydwa te okresy odwołują się do czasu, oczekiwania. Kiedy wszyscy dokoła gdzieś pędzą, chrześcijanie czekają. Na co może czekać współczesny zapracowany człowiek? Może lepiej zadać pytanie – na co Ty czekasz?
Większość osób dziś już nie czeka, żyją tym, co przyniesie dzień. Nie czekamy na miłość, na szczęście, na spełnienie marzeń. Brakuje nam wiary, że jeszcze możemy je osiągnąć. Nie czekamy na niebo. Kto by na nie zasłużył?
Czy jeszcze czekamy na Boga? Niestety, często to On czeka na nas.
Paradoks świąt
Święta Bożego Narodzenia są wymarzonym czasem dla dzieci – mikołaj, gwiazdka, choinka, prezenty. Ale, jak ma przeżywać Boże Narodzenie młody katolik, dorosły, który nie wierzy już, że Chrystus co roku rodzi się na sianie w żłobie po to, by z kilka miesięcy umrzeć na krzyżu i znów w kolejnym grudniu się narodzić? W pewnym wieku człowiek zaczyna zastanawiać się nad tym, w co wierzy. Musi wyjść z dziecięcego postrzegania Boga jak z przyciasnej piżamy, z której wyrósł. Inaczej zatrzyma się na poziomie „Bozi”, aniołków, św. Mikołaja i Jezusa, który, choć nie ma nic wspólnego z Feniksem, co roku na nowo rodzi się i umiera.
Pytanie – co wtedy? Czy święta przestaną mieś sens?
Nie, jeśli przypomnimy sobie, o co naprawdę w nich chodzi. Józef i Maryja nie trafili przecież 2000 lat temu pod choinkę, nie spotkali św. Mikołaja, nie jedli karpia ani dwunastu potraw na kolację, nie odśpiewali Cichej nocy, a mimo to Jezus przyszedł. Nie przeszkadzało Mu ubóstwo stajni ani brak wygód. Nie czekał, aż Jego rodzice się „dorobią” i przygotują porządną Wigilię. Dla Boga nie liczą się nasze zewnętrzne przygotowania do świąt. Nie ma znaczenia, ile godzin spędzimy na zakupach w hipermarkecie. On przychodzi tam, gdzie jest oczekiwany, a często mimo to, że nie jest. Czy moje serce oczekuje Boga? Gdyby tak nagle przyszedł tu i teraz, czy miałbym się czego wstydzić? Myślę, że każdy z nas odpowie, że tak.
Sens świętowania
Podczas wieczerzy wigilijnej zostawiamy jedno puste nakrycie – czy to tylko zwyczaj, który pielęgnujemy? A ile jest miejsca dla Chrystusa przy stole mojego serca? Święta nie będą się dla mnie niczym różnić od pozostałych 364 dni w roku, jeśli nie jestem gotów na przyjęcie Najważniejszego Gościa. To tak jak z weselem lub urodzinami. Nie można świętować bez solenizanta, bez pary młodej. Jeśli z naszych obchodów Bożego Narodzenia wykreślimy Boga, w gorączce przygotowań nie uwzględnimy zaproszenia Go do naszego serca, to samo świętowanie straci sens.
Pozostanie nam tylko sztuczna choinka, masa nietrafionych, bezużytecznych prezentów, ból głowy i sterta brudnych naczyń.
Ty wybierasz
Jeśli zechcesz oderwać się od pędu współczesnego świata, na chwilę przystanąć i zainwestować czas w oczyszczenie serca, odkurzenie zaniedbanych zakamarków duszy, możesz przeżyć niezwykłe święta.
Ale – jesteś wolny, to Twój wybór. Ty decydujesz, co jest dla Ciebie ważniejsze – Bóg czy przypalony karp.

Zostaw komentarz